Będę tu pisać o Wrocławiu, jego historii i teraźniejszości, komentować wydarzenia i artykuły moich kolegów oraz koleżanek.
Kategorie: Wszystkie | Autorka | Wrocław
RSS
poniedziałek, 10 listopada 2008
Zgermanizowany Wrocław

 

„Śmiercią bohaterską za Ojczyznę polegli…” – głosi inskrypcja na pomniku poświęconym  poległym w czasie I wojny światowej mieszkańcom Rędzina. I bulwersuje sekretarza Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzeja Przewoźnika, bo „państwo polskie nie powinno czcić żołnierzy niemieckich”. Pomnik przy ul. Szachistów to oczywiście kolejny dowód na to, że polskie miasto germanizuje się. Odpór teutońskiej nawale zagrażającej piastowskiemu Wrocławiowi dawała dotąd najdzielniej „Rzeczpospolita”, ale ostatnio posiłki przysłał „Nasz Dziennik”. Długo się ociągał, bo pomnik odnowiono już kilka lat temu, ale za to od razu wystrzelił z haubicoarmaty.

W charakterze załogi wystąpił Andrzej Przewoźnik, który wprawdzie przyznaje, że „Rada OPWiM nie wyraża zastrzeżeń co do istnienia pomników tego rodzaju, jeśli przy ich odbudowie przestrzegano obowiązujące w Rzeczpospolitej Polskiej normy prawne oraz jeśli ich symbolika i wyrażane treści nie naruszają jej integralności”, ale tak w ogóle niemieccy żołnierze nie są bohaterami dla Polaków.

Pan sekretarz zapomina, że w niemieckich mundurach walczyli wtedy także Polacy.  I nie tylko w niemieckich. Także w austriackich, rosyjskich i francuskich, kanadyjskich i amerykańskich. Dwa miliony Polaków poszło na front I wojny światowej. Wśród tych 450 tysięcy zabitych byli i tacy, którzy padli z ręki rodaków.

Trzydzieści lat temu Ossolineum wydało zbiór listów Józefa Iwickiego, żołnierza z I wojny światowej. Przygotował je do druku dr Adolf Juzwenko, dziś dyrektor Zakładu Narodowego im. Ossolińskich. Poznał osobiście ich autora i opowiadał mi o tym spotkaniu. W chwili wybuchu wojny Iwicki był studentem Politechniki Gdańskiej, a dla armii tzw. jednorocznym (czyli odbył roczne szkolenie wojskowe, które było przedsionkiem do uzyskania stopnia oficerskiego). Został wzięty do Wehrmachtu, skierowany na front flandryjski i tam przez cztery lata wojny siedział w okopach. Widział beznadziejną masakrę, której jedynym efektem było przesuwanie się linii frontu o kilka kilometrów w jedną lub drugą stronę. Iwicki przez cztery lata napisał do matki mieszkającej w Pelplinie na Pomorzu ponad trzysta listów. Redagował je jak dziennik i numerował, żeby matka wiedziała, czy wszystkie doszły. Dr Juzwenko nie miał wątpliwości czytając te listy, że Iwicki bardzo przykładnie wypełniał obowiązki niemieckiego żołnierza. Był zdyscyplinowany, odważny, awansował do stopnia porucznika. Ale niemal w każdym liście zadawał sobie pytanie, co będzie z Polską, i w tych okopach flandryjskich czekał na Niepodległą. Walcząc przeciwko Francuzom w armii zaborcy.

Dwa lata temu na dziedzińcu między Ossolineum a tzw. Maciejówką odsłonięto pomnik poświęcony nauczycielom i uczniom słynnego Gimnazjum św. Macieja, którzy polegli podczas I wojny światowej. To pomnik przedwojenny. Odkryto go podczas prac budowlanych. Na bloku z piaskowca jest wyryty napis (w tłumaczeniu z niem.) "Chcemy wolni Ojczyznę ujrzeć na własne oczy albo wolni do naszych braci na górze dołączyć". Uwieczniono też w kamieniu 183 nazwiska. Wśród tych niemieckich i żydowskich jest także 28 nazwisk polskich.

Zapytałam dr Juzwenkę o ten napis:  "Chcemy wolni Ojczyznę ujrzeć na własne oczy...". Jaką?  Odpowiedział, że dla znakomitej większości - Niemcy. Ale jak patrzy na ten pomnik, to myśli o Iwickim. Gdyby zginął na wojnie w mundurze Wehrmachtu, gdyby to jego nazwisko znalazło się na pomniku, Juzwenko wiedziałby, jaką ojczyznę chciał ujrzeć na własne oczy. On często z uznaniem pisał o Niemcach: o ich zdyscyplinowaniu, szacunku dla pracy. Nigdy jednak z nimi się nie utożsamiał. Czekał na Polskę. Ale paradoksalnie napis na pomniku odzwierciedlałby to pragnienie.

Gdy w 1918 roku przyszła wolność, pojawiła się też u niektórych pokusa rozliczenia decyzji Polaków. "Myśmy byli tam, gdzie niepodległość, a wy tam, gdzie zaborcy". Ale w miarę upływu czasu te spory orientacyjne znikały. W końcu zaczęto lansować tezę, że wszyscy mieli rację. I ci, co walczyli po stronie Rosji, i ci, co znaleźli się w obozie państw centralnych. Jedni i drudzy przysłużyli się niepodległości. Po prostu obstawiliśmy wszystkie drogi.

Norman Davies, pisząc o I i II wojnie światowej, stwierdził, że to były dwie okrutne wojny domowe Europejczyków. Miejmy nadzieję, że kiedyś Europejczycy będą powszechnie tak je oceniać i grać tylko w jednej drużynie.

 

14:24, przystanekwroclaw , Wrocław
Link Komentarze (3) »
Słowo o Waldorffie

W księgarniach można już kupić najnowszą książkę Mariusza Urbanka „Waldorff. Ostatni baron Peerelu”. Ani bohatera, ani autora przedstawiać nie trzeba. Ale trzeba przeczytać książkę. Fascynująca. To nie jest opowieść o Waldorffie, to opowieść o peerelowskiej Polsce z Waldorffem w tle. Świetnie udokumentowana i jeszcze lepiej napisana, z mnóstwem anegdot i kawałkiem wrocławskiej historii..

Waldorff, pisarz, publicysta (wiele lat pisał felietony dla ”Polityki”) krytyk muzyczny, właściciel jamnika Puzona (prawie tak sławnego jak jego pan) to postać tyleż ciekawa, barwna co kontrowersyjna. Zafascynowany włoskim faszyzmem, czemu dał wyraz pisząc książkę „Sztuka pod dyktaturą” (Italia pod rządami Duce jawiła mu się jako wyspa Utopia, niech więc i Polska idzie tą drogą), autor napisanego na kolanach wywiadu z przywódcą belgijskich faszystów Lèonem Degrellem („od jego postaci bije tak diabelna energia…”), publicysta endeckiego, antysemickiego tygodnika „Prosto z mostu” – takie wybory życiowe trudno obronić.

Trybut płacony władzy komunistycznej też nie przysporzył mu blasku. Trudno mieć pretensje za pisanie tekstów w stylu propagandowej pochwały Wystawy Ziem Odzyskanych (w duchu „byliśmy, jesteśmy, będziemy”, ale niewątpliwie zgodnym z jego przekonaniami – Waldorff nie znosił Niemców),  lecz artykułem „Granice konfesjonału” z 1949 roku przekroczył granice przyzwoitości. To opowieść o księżach zachęcających do zbrodni oddziały NSZ walczące z władzą ludową oraz reakcyjnych bandach utrzymywanych przez imperialistów, którzy niszczą nasz kraj. I o władzy ludowej, która stoi na straży prawa. Nic dziwnego, że po latach wytknięto mu to prawo – w ubeckim wydaniu, z torturami i wyrokami śmierci.

Zawiedziony będzie jednak ten, kto oczekuje po tej książce lustracyjnych kawałków i moralnych ocen. Urbanek to nie IPN, nie pozwala sobie na łatwe sądy, choć pokus nie brakuje. Także takich, które wynikają z faktu, że bohaterem jest barwna postać, więc łatwo pójść w anegdotę.                                               

Autorowi udało się jednak  pokazać Waldorffa z każdej strony. Także jako człowieka chorego na Polskę, mającego świadomość jej ułomności i tego, że w takim kraju nigdy nie będzie u siebie. Ale także tego, że na inną Polskę nie ma co liczyć i gotowego za możliwość działania iść na kompromisy. Jak uznał, że cel jest tego wart, potrafił poruszyć niebo, ziemię, naród i komunistycznych urzędników. A nawet ich wykończyć. To właśnie Waldorff zniszczył karierę prezydenta Wrocławia Mariana Czulińskiego. Jednym felietonem zaczynającym się od słów: „W imię Ojca i Syna i Ducha. Pytam Ministerstwo Kultury i Sztuki, czy nie należałoby tego kto wydał tę oburzającą decyzję postawić pod pręgierzem opinii publicznej?” Decyzja dotyczyła wysadzenia w 1975 roku młynów świętej Klary i oburzyła środowisko historyków sztuki. Miejscowa prasa siedziała jednak cicho, a awanturę wywołał dopiero Waldorff. Czuliński stracił widoki na stanowisko wojewody, ale zyskał przydomek pirotechnika.          

 

Efekty jego akcji społecznych do dziś imponują. Uratował ponad tysiąc nagrobków na Starych Powązkach oraz doprowadził do wykupienia zakopiańskiej willi Atma i otwarcia tam muzeum Karola Szymanowskiego (za pieniądze ze społecznej zbiórki, niezgodnie z prawem). Po stronie aktywów ma też Muzeum Teatralne przy Teatrze Wielkim  Warszawie  i pomniki ludzi, którzy przynieśli Polsce niepodległość. Wszystko po to, żeby Polacy pamiętali, bo rolę strażnika narodowej pamięci uważał za najważniejszą w swoim życiu. Powtarzał za Norwidem: „Ojczyzna - to ziemia i groby. Narody tracąc pamięć – tracą życie”.

Patetyczne, ale Waldorff patos kochał. Urbanek nie, więc pokazuje strażnika narodowej pamięci w sytuacjach ujmujących majestatu. Załatwiającego sobie fiata awanturą u ministra (bo miał być  kolorze palonej wiśni, a zaproponowano mu białoszarego),  zrzucającego odpowiedzialność za jego rozbicie na …cenzurę czy wykrzykującego do żyrandola (razem z Kisielem) „mamy was w dupie!”. Tę ostatnią historię można by nawet uznać za przejaw politycznego buntu obu panów – ocenili, że skoro właścicielem żyrandola jest „ważny” dyrektor, musi mieć w nim zamontowany posłuch – ale demonstranci byli po prostu pijani.

Zawsze lubiłam czytać teksty Waldorffa. Pisane anachronicznym językiem, pełne pikantnych aluzji, kpin i wygłupów, czasem przekraczające granice dobre smaku, ale z charakterem! Jednego w nich nie ma – ugrzecznionej nudy. Waldorff dałby się zabić za dowcip, dobry kalambur, pointę.

Rozbawiło mnie przytoczone przez Urbanka wspomnienie Waldorffa z czasów jego pracy w krakowskim „Przekroju”, w latach 40.  Żałował, że nie mógł wykorzystać przysłanej przez czytelnika rasowej notatki o uroczystych obchodach 70. rocznicy urodzin Generalissimusa Stalina na Wydziale Weterynarii Uniwersytetu Wrocławskiego. Dziennikarz donosił, że po oficjalnej akademii ku czci jeden z profesorów wygłosił specjalistyczny referat „Jak leczyć zołzę u starych koni?”

Waldorff miał cechy charakteru, które odpychały od niego ludzi. Bardzo próżny, przypisujący sobie bez skrupułów cudze zasługi, wykorzystujący innych. Ale ten sam człowiek potrafił być wierny w przyjaźni i w miłości.

Zastanawiałam się, jak Urbanek opowie o homoseksualnym związku Waldorffa z tancerzem Mieczysławem Jankowskim. Związku do którego Waldorff publicznie się nie przyznawał, przedstawiając Jankowskiego jako ciotecznego brata.

Urbanek nie napisał o homoseksualnym związku. Napisał po prostu o miłości, która trwała 61 lat i dla której warto było wszystko zrobić. Wzruszyłam się, choć autor wzruszać nie lubi. Ale za to Waldorff byłby zadowolony.

   

 

     

13:40, przystanekwroclaw , Wrocław
Link Komentarze (1) »
środa, 05 listopada 2008
Wrocław pokazuje rany Wrocław pokazuje rany Wrocław pokazuje rany

W księgarniach  pojawił się album przygotowany przez wydawnictwo Pascal  „Wrocław - Breslau. Trzy epoki”. O Wrocławiu kupuję prawie wszystko, więc i ten album mnie skusił. Teraz już wiem, że pokusom trzeba się jednak opierać. Koszty folgowania im bywają zbyt duże.

Nie mówię o pieniądzach wyrzuconych w błoto, ale o moim ciśnieniu, które błyskawicznie skoczyło na widok zdjęć. Po lekturze podpisów i komentarza było już tylko gorzej.

Zacznę od komentarza.  Składa się tylko z czterech zdań, ale ich zrozumienie przerasta moje możliwości intelektualne. Uwaga, cytuję, czytacie na własną odpowiedzialność:    

„Dwudziestowieczna historia Wrocławia to trzy wcielenia miasta. Nadodrzańska metropolia była naznaczona przez harmonię i rozum, by przeistoczyć się w miejsce czci nagiej i brutalnej siły (1900-1945). Ukarana za swój kult przemocy, runęła w gruzy, na których zakwitło nowe życie - bujne i pełne gwałtownych potrzeb (1945-1989). Teraz (po 1989 roku) Wrocław dokonuje bilansu i pokazuje swe doświadczenia i rany - nie po to aby się użalać, lecz aby nie zatracić sensu istnienia miejsc i krain - historycznej ciągłości”.   

Wrocław przed I wojną światową jako miejsce czci nagiej i brutalnej siły? Może w tym coś jest, ostatecznie to wtedy breslauerzy wystawili gołego Szermierza, a umięśnionego osiłka wsadzili na zdechłego lwa. To, że życie po 1945 roku było bujne i pełne gwałtownych potrzeb też trudno negować. W niektórych rejonach miasta (patrz: Gwarna czy ruiny Nowego Targu) bujność była nawet bujniejsza, a potrzeby gwałtowniejsze. Ale protestuję przeciwko twierdzeniu, że teraz Wrocław „pokazuje doświadczenia i rany”!  

Trudno uwierzyć, ale pod tymi grafomańskimi zdaniami podpisał się Marek Krajewski. Nawet pozwolił wykorzystać swoje zdjęcie. Wprawdzie tylko rekomenduje album, ale wydawca stara się zasugerować, że Krajewski go opracował. Panie Marku, niech Pan lepiej wraca do Mocka, albo uważniej czyta pod czym się podpisuje.

Rozumiem, że trzeba zarabiać na życie, ale za te same pieniądze czytelnik mógł dostać towar dobrej jakości.

A' propos pieniędzy, widać, że wydawnictwo Pascal dobrze się przygotowało na czas kryzysu. Uznało honorarium dla fotoedytora za zbędny wydatek i wydrukowało zdjęcia takiej jakości, że ogląda się je z bólem oczu.

Drogi Pascalu, stare zdjęcie wcale nie musi być kiepskie. Wystarczy porównać fotografie placu św. Krzysztofa autorstwa  Eduarda van Deldena z 1892 roku, opublikowaną w albumie „Wrocław” wydawnictwa Via Nova i w waszym albumie. Van Delden w grobie się przewraca.

Nie polecam też czytania podpisów. Chyba, że ktoś chce błysnąć w towarzystwie informacją, że budynek Banku Zachodniego  w Rynku zaprojektował Lothar Neumann (niestety, Rump), albo że przy  ul. Szewskiej stoją trzy kościoły. W zasadzie są dwa, ale jedna świątynia w cudowny sposób się rozmnożyła - na kościół św. Macieja i kościół klasztorny Krzyżowców z Czerwoną Gwiazdą. Zawsze myślałam, że to jedno i to samo, ale się myliłam. Nad resztą spuśćmy zasłonę milczenia, nadciśnienie to poważny problem zdrowotny.

 

                           

             

18:09, przystanekwroclaw , Wrocław
Link Komentarze (1) »
Kraków górą

Muszę się przyznać do błędu, a bardzo tego nie lubię. Trzy tygodnie zastanawiałam się jak odszczekać moje złośliwości pod adresem krakusów szczycących się benefisami. Od razu przypomniał mi się reportaż Kurta Tucholskiego, opublikowany w 1929 roku na łamach „Die freie Meinung”.  Autor piętnując „wrodzoną” wrażliwość wrocławian na krytykę stwierdził ni mniej ni więcej, że „wrocławianin jest tak przekonany o własnej mądrości, że nie uznaje równych sobie. (…) wrocławianin wie wszystko lepiej i potrafi wszystko piękniej”.  Otóż nie wszystko, co niniejszym skruszona oświadczam spod redakcyjnego biurka.

- Ten benefis jest tak zorganizowany jak wrocławskie remonty uliczne - podsumował imprezę „ku czci” złośliwy franciszkanin (może dla tego taki złośliwy, że z Opolszczyzny). I miał rację. Główną atrakcją były nagrane wcześniej wspomnienia znanych wrocławian o Kardynale i życzenia dla Niego. Emisja okazała się techniczną katastrofą. Materiały pokazywano nie w tej kolejności,  jaką  przewidywał scenariusz, co rusz coś się zacinało, goście siedzący z tyłu sali nic nie słyszeli. Zdesperowana grupa dziennikarzy zastanawiała się, które kable przeciąć, żeby ten spektakl przerwać.                   

W kuluarach mówiło się, że prezydent Dutkiewicz chciał dać szansę młodym. Słusznie,  „młodości, orla twych lotów potęga, / jako piorun twoje ramię”, ale lepiej by było gdyby benefis zorganizowali starzy profesjonaliści.

Bo ta młodość była zbyt młoda. W charakterze prowadzących wystąpiło śliczne dziewczę z warkoczykami i pacholę w krótkich spodenkach, a za wrażenia artystyczne odpowiadał „ptaszek” (tak prowadzący nazywali tancerkę, która wiła się wokół kardynalskiego fotela). Redakcyjny kolega oglądał „ptaszka” z takim zachwytem, że nie zdążył zanotować ani słowa z tego, co mówili prowadzący.

A notować było warto, bo każde słowo brzmiało jak ze sztambucha pensjonarki.

Kto notować nie mógł, dostał kartkę do ręki. „Drogi Gościu, cóż Ci dziatwa powie / Znajdź tu dzisiaj moc zaklętą w słowie / Myśl strzelistą niech oczy Ci błysną / Serce niech nie chowa, co pomyśli głowa / Chciej odróżnić to serce od innych kartek / napisz małe co nieco/ Słówko na ten czwartek”. Nie, to nie Konopnicka tylko zachęta do pisania na papierowych sercach życzeń dla księdza kardynała. Przyznam, że się nie ośmieliłam, nie byłabym w stanie dorównać poecie. Wprawdzie kolega (wybitny redaktor) złośliwie twierdził, że oczy nie mogą błysnąć myślą strzelistą, ale to na pewno przez zazdrość.     

Przysypiających gości benefisu obudził Władysław Frasyniuk, opowiadając na ekranie, jak to w czasie stanu wojennego dostał zimowe buty. Kardynał Gulbinowicz widząc liche obuwie lidera „Solidarności”, kazał księdzu Edwardowi Janiakowi odpowiadającemu za pomoc charytatywną (dziś biskupowi pomocniczemu) przynieść buty o rozmiarze 42. Kiedy okazało się, że w magazynach już nie ma odpowiedniego obuwia, zapytał księdza Janiaka, jaki numer butów nosi. - 42? To natychmiast ściągaj - zakomenderował metropolita i puścił przyszłego biskupa w skarpetkach.

W ratuszu momentalnie zrobił się szmer, że tak nie wypada, że bez szacunku dla Ekscelencji i w ogóle to Władka należało wcześniej ocenzurować... (chciałabym zobaczyć tego odważnego, który by Władka ocenzurował), ale bp Janiak przyjął opowieść godnie. Potwierdził jej prawdziwość i oświadczył, że zrobił przy tej okazji dobry interes. Bo dostał w zamian nowe, lepsze buty.

Najwięcej spekulacji w kuluarach wywołał jednak minister kultury Bogdan Zdrojewski, oglądany - niestety - tylko na ekranie.  Powiedział, że daje księdzu kardynałowi coś czego  na Dolnym Śląsku nie dostanie i na oczach wszystkich podpisał jakieś zobowiązanie. Kardynał dokument schował, ale nie ujawnił, czego on dotyczy. Minister stwierdził później, że to były tylko życzenia, goście - że pieniądze na Henryków.    

Wśród innych urodzinowych prezentów kardynała Gulbinowicza był  tort, trzymetrowego tulipanowca od Rady Miejskiej (posadził go na Ostrowie Tumskim), portret autorstwa Tomasza Brody (który uznał za prognostyk prezydenckiej przyszłości Rafała Dutkiewicza) i fotel do masażu („dolnośląski tron na zdrowie jak dzwon”).

Muszę jednak napisać na koniec, że nawet gdyby po Ratuszu latała setka „ptaszków”, a całość poprowadziła grupa przedszkolna „Zielone duszki”, to i tak warto było przyjść. Bo był Kardynał. Wszyscy czekali w napięciu, kiedy weźmie w swoje ręce mikrofon i zabierze głos. On zawsze jest gwiazdą.

 

 

12:28, przystanekwroclaw , Wrocław
Link Komentarze (1) »
środa, 15 października 2008
Benefis Kardynała

Jutro kardynał Henryk Gulbinowicz będzie miał swój benefis we wrocławskim Ratuszu. W piątek obchodzi 85 urodziny. To najlepszy metropolita, jakiego archidiecezja mogła dostać na trudne lata 80. Żelazny kardynał. No i to poczucie humoru!

 Przez wiele lat publikowane biografie Henryka Gulbinowicza podawały, że urodził się w roku 1928. W 2001 kardynał ogłosił chęć przejścia na emeryturę, co było dla wielu osób zaskoczeniem, bo wiek emerytalny dla kardynałów to 75 lat. Pojawiły się wtedy pierwsze nieoficjalne jeszcze pogłoski, że podczas wojny za radą jednego z dowódców AK odmłodził się, żeby uchronić go przed wywiezieniem na roboty do Niemiec. Miał przyznać się Papieżowi do fałszerstwa, żeby nie popaść w konflikt z kodeksem kanonicznym, zwłaszcza, gdyby zaszła konieczność wzięcia udziału w wyborze nowego Papieża Odszedł na emeryturę w 2004 roku i dopiero w rok później ujawnił, że naprawdę urodził się pięć lat wcześniej.

Benefisowe atrakcje są na razie tajemnicą organizatorów, wiadomo tylko, że Tomasz Broda ma „zrobić kardynała”. Redakcyjni sceptycy twierdzą, że benefis na pewno nie będzie na miarę Kardynała, bo we Wrocławiu takie imprezy nie wychodzą. Ciężkie, bez poczucia humoru i finezji. Co innego, gdyby Kardynała fetowano w Krakowie. O, tam to potrafią się bawić! Notabene Kraków uważa tak samo i dał temu nawet publiczny wyraz.

     Rzecz działa się wiosną na dziedzińcu Ossolineum, miesięcznik "Odra" wręczał swoją nagrodę za rok 2007 Oldze Tokarczuk za książkę "Bieguni" (ostatnio dostała za nią "Nike"). Laudację, bardzo mądra i feministyczną wygłaszała Kinga Dunin, śpiewał dla laureatki Leszek Wójtowicz, bard "Piwnicy pod Baranami". Według naocznego świadka było wzruszająco i patriotycznie, zwłaszcza kiedy bard zaśpiewał "Nie pragnę wcale byś była wielka / zbrojna po zęby od morza do morza / I nie chcę także by cię uważano / Za perłę świata i wybrankę Boga / Chcę tylko domu w twoich granicach / Bez lokatorów stukających w ściany / Gdy ktoś chce trochę głośniej zaśpiewać / O sprawach które wszyscy znamy".  Potem bard pogratulował Oldze i powiedział, że książka świetna, „Odra” szacowna, dziedziniec Ossolineum przepiękny, ale w Krakowie taką uroczystość zorganizowano by jednak lepiej! Notabene, nie jest konsekwentny w swoich opiniach, bo na blogu napisał: „oby zawsze zdarzały mi się tak piękne chwile”.

Cóż, Wrocław nie ma doświadczenia w organizowaniu benefisów. Przypominam sobie tylko trzy. Jeden Johanna Sigismunda Haunolda (w 1710 roku, nie widziałam), któremu wrocławianie postanowili podziękować za pół wieku zasiadania we władzach miasta oraz dwa benefisy Wojciecha Dzieduszyckiego. Ale za to takiego benefisanta jak kardynał Gulbinowicz nawet Kraków może nam pozazdrościć, jego dowcip z pewnością poprawi jakość benefisu, potrafi zręcznie spuentować każdą wypowiedź.  Trudno uwierzyć, nie zawsze tak było, do czego Kardynał się przyznaje. Opowiadał jak to po jego święceniach biskupich goście, w tym prymas Wyszyński, zostali zaproszeni na uroczysty obiad. Wcześniej musieli wysłuchać pierwszej mowy nowego biskupa. Ten przemawiał, przemawiał, a goście siedzieli głodni nad pustymi talerzami. Wreszcie usłyszał głos prymasa: "Przed nami długa droga. Niechże więc podają do stołu. A ksiądz biskup dokończy po naszym wyjeździe". Dziś Kardynał twierdzi, że przy stole można mówić najwyżej 5-7 minut. Po prostu mistrz.   

12:04, przystanekwroclaw , Wrocław
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 02 kwietnia 2007
Jerzy Sawka to nihlista

Kupno tygodnika „Wprost” - 4,50 zł, móc powiedzieć do szefa „ty nihilisto!” - bezcenne.

Nigdy bym nie wpadła na pomysł, żeby broni na potyczkę z szefem szukać we „Wprost”, ale człowiek uczy się przez całe życie. W ostatnim numerze przeczytałam artykuł Piotra Semki „Bismarkizacja Polski” i wciąż nie mogę wyjść z podziwu. Tudzież z powodu nieczystego sumienia.

Autor postawił budzącą strach tezę, że oto naród zapomniał o prześladowaniach Polaków przez Bismarcka. Są dowody: mieszkańcy mazurskiej wsi Nakomiady postanowili ustawić w centrum wsi odkopany obelisk ku czci żelaznego kanclerza. Dla Semki to niepokojący sygnał, jak moda na fascynację niemiecką historią ziem zachodnich i północnych może prowadzić do zapominania o zwykłej narodowej godności. To nie oznaka otwartości na historię, lecz nihilizmu.

Autor w sposób brawurowy (niedostępny zwykłym wyrobnikom pióra) przechodzi od Bismarcka i Hindenburga do Colleoniego. Ten ostatni jest wprawdzie weneckim kondotierem z XV wieku, ale kopia jego renesansowego pomnika z Wenecji zdobiła przed wojną Szczecin. Wystarczy, żeby był obcy naszemu narodowemu duchowi.

Po wojnie pomnik wywieziono do Warszawy, bo warszawiacy są bardziej odporni na niszczącą truciznę nihilizmu. Niestety, sześć lat temu szczeciński oddział „Gazety Wyborczej” pod wodzą mojego obecnego szefa Jerzego Sawki zażądał powrotu Colleoniego. To była szczecińska wersja naszej akcji „Oddajcie, co nasze”. Udało im się. A przecież, jak poucza Semka, lepiej byłoby postawić pomnik Stefanowi Wyszyńskiemu. „Wyszyński pomnik w Szczecinie owszem ma, ale jest on niewielki i powstał z inicjatywy proboszcza przed wejściem do jednego ze szczecińskich kościołów” - ubolewa Semka.

Skąd ja znam te pouczenia... Gdy siedem lat zaczynałam akcję „Oddajcie, co nasze” i pojechałam prosić warszawskich muzealników o zwrot XV-wiecznych pawęży, usłyszałam, że nie mogą one tu wrócić, bo przypominają o smutnym okresie oderwania Śląska od Macierzy! - A pomnik Mickiewicza macie? - zapytał z wyrzutem dyrektor Muzeum Wojska Polskiego. I udzielił lekcji patriotyzmu. Zamiast żądać zwrotu „poniemieckich dzieł”, lepiej postawcie w mieście symbole polskich aspiracji narodowych.

Melduję, że rozkaz został wykonany. Niedługo przy Świdnickiej stanie pomnik Chrobrego, a na Powstańców Śląskich ma wjechać Wojciech Korfanty. W planie są też słupy Chrobrego na pl. Wolności. Mam nadzieję, że to wystarczy, aby Wrocław został uznany za awangardę patriotycznego odrodzenia na Ziemiach Zachodnich i Północnych.

16:38, przystanekwroclaw , Wrocław
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 marca 2007
Wrocław kontra Łódź

Przystanek Wrocław podsumowany. Wczoraj odbyła się debata, w czasie której wrocławianie mieli utoczyć krwi prezydentowi. Owszem, próbowali utoczyć, ale głównie prof. Witoldowi Orłowskiemu, ekspertowi PriceWatersCooperhouse, który omawiał wyniki audytu. Prof. Orłowski nie tylko musiał bronić wiarygodności badań, ale i atrakcyjności swojej rodzinnej Łodzi. Bo na tle Łodzi nasze wrocławskie problemy zdecydowanie bladły. Przyznam, że go podziwiałam. Miłość do Łodzi łatwą nie jest (przeżyłam chwile załamania oglądając w „Gazecie” moją byłą szefową Basię Adamczyk, teraz w Łodzi, na tle wielkomiejskiego trawnika obramowanego zużytymi oponami), ale Orłowski nie dał się zagiąć.

Prezydent Dutkiewicz też zresztą nie, może dlatego, że o najważniejsze problemy nie został zapytany. Młodzi gniewni postanowili powalczyć na debacie o dobra wspólne (nędzna komunikacja miejska, korki, dziurawe drogi), a nie o swoje. Pewien humanista próbował wprawdzie skierować dyskusję na bolesną kwestię pracy dla tych nieszczęśników, którzy nie mogą napisać przed nazwiskiem „inż.”, ale zgasiła go energiczna dziewczyna i rektor Politechniki. Młoda dama wróciła z Londynu, bo uznała, że we Wrocławiu też sobie poradzi. A rektor Luty zachęcił do ciągłego kształcenia się i inżynierskich studiów podyplomowych na swojej uczelni. Sercem byłam z humanistą, bo wiem że my z pracą zawsze mieliśmy gorzej, a propozycja pana rektora wstrząsnęła mną do głębi. Nawet on nie zrobiłby ze mnie inżyniera...

Trudno też mi podzielać optymizm prezydenta, który powtarza, że najpierw musi być dużo pracy, a potem będzie praca za dobrą płacę. Wielu młodych może nie doczekać tej chwili. Nożyce wysokości pensji i cen mieszkań coraz bardziej się otwierają. Poznań i Kraków mają już korektę na rynku nieruchomości, a u nas ciągle zwyżka. Pół biedy jak przyszłość Wrocławia wyniesie się do pobliskich wsi, gorzej jeśli wyjedzie poszukać tańszych miast. Albo takich, gdzie lepiej płacą.

Kilkanaście lat temu sama rozważałam tak a możliwość, choć warunki startu były o wiele lepsze. Opatrzność czuwała, bo ci tańsi szybko mnie zniechęcili. Dla pracodawcy we Wschowie byłam za młoda (niestety, ten mankament czas szybko zlikwidował), szef w Lesznie nie miał wyższego wykształcenia, więc nie podobał mu się mój dyplom, a pod Łodzią chcieli tylko mojego męża (za to on nie chciał). No i w końcu okazało się, że najlepiej walczyć na własnym boisku.

Wrocław wychodził już z takiej kwadratury koła. I poszło mu to dość sprawnie. Po I wojnie światowej wybudowano przez dziesięć lat wielkie osiedla na Popowicach, Sępolnie, Biskupinie, Pilczycach, Muchoborze, Grabiszynku i Księżu Małym. Dobrze zaprojektowane, z dobrą infrastrukturą, tanie, a wciąż pożądane. Może uda nam się ten sukces powtórzyć
12:50, przystanekwroclaw , Wrocław
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 12 marca 2007
Test na wrocławskość

Rozwiązałam wrocławski quiz i dowiedziałam się, że... pochodzę z Milicza” - napisała do mnie pani Ewa. Proszę się nie martwić, z Milicza do Wrocławia blisko, a otoczenie jeszcze piękniejsze. Poza tym błądzić jest rzeczą ludzką. Ale jednak quizowe pomyłki w odpowiedziach wrocławskich ViP-ów są zastanawiające.

Po pierwsze, testowani gremialnie twierdzili, że mostek Pokutnic, łączący wieże kościoła św. Marii Magdaleny dostał taką nazwę, bo zrzucano zeń niewierne żony (tak uznał m.in. ks. Mirosław Maliński, duszpasterz akademicki, Paweł Romaszkan, szef Biura Promocji Wrocławia, Waldemar Prusik, znany piłkarz) lub dlatego, że ufundowały go wrocławskie kurtyzany. Nie wiem, co tam Panom się marzy, ale uprzejmie informuję, że mostek Pokutnic jest dowodem na popieranie  niemieckim Breslau polityki prorodzinnej PiS. Żadnej brutalnej przemocy, tylko sprawiedliwa kara za katastrofę demograficzną. Kobiety mają rodzić dzieci (ale w rodzinach czyli najpierw muszą wyjść za mąż), a jeśli nie chcą - będą po śmierci zamiatać wieżowy mostek. Panny, uważajcie - albo mąż, albo miotła.

Proponuję wrocławski patent rozpropagować w całej Polsce, może się tym zająć poseł Marian Piłka. Ostatnio lansuje  model 2+4 lub 2+6 (choć tylko teoretycznie, w praktyce zdecydował się na opcję 2+1).

Po drugie, testowani uznali, że deklaracja „chcę, aby we Wrocławiu nie tylko się jadło i żyło, ale żeby się dobrze jadło i żyło” mogła być pochodzić tylko od byłego prezydenta Wrocławia Bogdana Zdrojewskiego. Jedynie żona - Barbara Zdrojewska, przewodnicząca Rady Miejskiej - wiedziała, że mąż takim populistą nie jest. I bardzo dobrze, bo to powiedział książę Henryk Dobry. To prawda, że Wrocławiowi nie żałował przywilejów (choć sam był z natury oszczędny - nigdy nie miewał długów, co się Piastom rzadko zdarzało) i mieszkańcy dobrze go wspominali, ale w wielkiej polityce źle mu się wiodło. Z natury tchórzliwy i jeszcze swoje księstwo Czechom przekazał! Zły to byłby prognostyk dla Bogdana Zdrojewskiego, gdy poszedł w ślady Henryka Dobrego.

13:46, przystanekwroclaw , Wrocław
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 marca 2007
Kto jest wrocławianinem

Do wrocławskich księgarń trafiła książka niemieckiego niemieckiego historyka Gregora Thuma „Obce miasto. Wrocław 1945 i potem”. Fascynująca praca. Thum nauczył sie po polsku, żeby przekopać się przez stosy źródeł i opracowań dotyczących powojennej historii miasta. Nigdy nie miał ze Śląskiem żadnych związków rodzinnych, ale chciał się dowiedzieć, co czuli ludzie, którzy musieli zacząć życie na obce ziemi i jak ją oswoili. 

Przedstawił struktury tzw. polityki pamięci, pokazał działanie politycznych mitów i tych, którzy je tworzyli (historyków nazywa „inżynierami pamięci kulturowej”).    

Wrocławskie kamienice, kościoły czy fabryki są w jego książce równie ważnym bohaterem jak ludzie. Uważa, że samo miasto ukształtowało mieszkańców.

Powiedział mi: - Gdyby miasto było tylko tworem społecznym, dawny Wrocław zniknąłby wraz z wygnaniem niemieckich mieszkańców. Tak się jednak nie stało. Stare miasto zawsze istniało w tle nowego. Najpierw jego istnienie negowano (mimo, że w pewnym sensie konkurowano z nim) , potem te dwa miasta zaczęła się do siebie zbliżać, wreszcie doszło do spotkania niemieckiego Breslau z polskim Wrocławiem. Tak, to miasto ukształtowało swoich mieszkańców. Stworzyło mieszkańców podobnych duchem - i Niemców, i Polaków.

Thumowi podoba się, że Wrocław tak konsekwentnie buduje swój  wizerunek europejskiego, wielokulturowego miasta .Choć dodaje, że najbliższe lata pokażą, czy ten wizerunek jest czymś więcej niż reklamą dla turystów i inwestorów.  

Twierdzi, że dziś identyfikacja z miastem jest kwestią dobrowolnej decyzji, bo ludzie są bardziej mobilni. Dlatego on - choć mieszka w Pittsburghu (wykłada na tamtejszym Uniwersytecie) - najbardziej czuje się związany z Berlinem (15 lat życia) i ...Wrocławiem (kilka miesięcy zamieszkiwania).  

PS.

A'propos wizerunku europejskiego miasta. Na budynku Instytutu Historycznego przy ul. Szewskiej wisi tabliczka z informacją „Zabytek pod ochroną”. Resztę tekstu trzeba znać na pamięć, bo zeżarła go rdza. Zachowały się pojedyncze słowa: ”Dom ..ajez.ny...Piastów...połowie XIV w....ły się...gotyckie cenne relikty wystroju”. 

Czułam się jak dzieci kapitana Granta, odcyfrowujące list znaleziony w brzuchu żarłacza.

Ciekawe, czy turysta maszerujący na Ostrów Tumski dowie się od przechodniów co co za „dom aje.zny”. Kilka lat temu francuska dziennikarka indagowała mnie o ulicę Ruską. Czy to spadek po zniewoleniu komunistycznym. Twierdziła, że bardzo jej brak w historycznym centrum Wrocławia tablic wyjaśniających, co widzi. Turystów u nas przybywa, z informacją nie nadążamy.  

18:16, przystanekwroclaw , Wrocław
Link Komentarze (1) »
czwartek, 01 marca 2007
Klątwa dla architekta

Obskurną przychodnię na Ostrowie Tumskim zastąpi luksusowy hotel z widokiem na Odrę i katedrę. W końcu doczekamy się likwidacji tego architektonicznego paskudztwa.

Przychodnia stoi przy pl. Katedralnym (ZOZ dla Szkół Wyższych, przenoszony na ul. Sienkiewicza) i bardzo go szpeci: szara kostka z płaskim dachem, cofnięta za linię pierzei. Miasto chce, żeby przychodnię wywieźć na gruzowisko, a parcelę przeznaczyć pod elegancki, kameralny hotel. Zabudowa mieszkaniowa czy biurowa została wykluczona, bo „nie licuje z sakralnym charakterem Ostrowa Tumskiego”. W kuluarach szeptano, że urzędnicy miejscy bali się wystawienia pod bokiem arcybiskupa  luksusowego salonu masażu (dziś to interes pod specjalnym nadzorem ministra spraw wewnętrznych) . Głośne imprezy też raczej nie są wskazane. Postawiono więc na gości z kasą, ceniących urok gazowych latarni, magię miejsca z tysiącletnią historią i spacery po biskupich ogrodach.

Działka nie jest duża, ok. pół hektara, ale fantastycznie położona, więc jest szansa, że inwestor szybko się znajdzie i zadośćuczyni za grzech peerelowskiego architekta.

Notabene, inwestycje na Ostrowie Tumskim były kiedyś pod specjalnym nadzorem. Sam biskup miał baczenie na inwestorów i za samowolę budowlaną groził piekłem. Gdy kapituła świętokrzyska w 1375 roku usiłowała zbudować ciąg budynków gospodarczych m.in. piekarnię i ogrodzenie, zamykające w pobliżu kolegiaty ulicę Katedralną, została przez biskupa dwukrotnie obłożona klątwą (jestem za).

Byli oczywiście tacy, co się nie bali gniewu swego pasterza i budowali domy poza ustaloną linię zabudowy, przez co ulica uległa zwężeniu o jedną trzecią szerokości zaplanowanej w końcu XIII i początku XIV wieku, zyskując nieco wygiętą linię.

Teraz nad linią placu Katedralnego będzie czuwał konserwator wojewódzki, choć nie dysponuje tak skutecznym środkiem przymusus jak biskup. Postawił już z warunki: budynek musi być przesunięty w stronę ulicy, tak jak biegnie linia historycznej zabudowy. Nie może być wyższy niż klasztor i szpital sióstr Elżbietanek przy ul. św. Józefa (maksimum 25 m). Dach oczywiście spadzisty. Właściciel hotelu nie może także utrudniać odwiedzającym Ostrów Tumski spacerów po swojej parceli i blokować zejścia nad Odrę.

Skoro tak dbamy o wygląd Ostrowa (bo to jedna z głównych atrakcji Wrocławia) i przygotowujemy szlak turystyczny łączący Rynek z naszą Terra Sancta, może ktoś się wreszcie weźmie za ten rozsypujący się kikut, straszący na pl. Nankiera. Kiedyś była to pierwsza kolumn maryjna we Wrocławiu.

Stanęła w 1698 roku przed kościołem św. Wincentego. W tej chwili jest pusta, bez figury Maryi. Z potrzaskanego, oblepionego brudem kamienia wyłażą kotwy, a cała konstrukcja grozi zawaleniem. Dla przygodnego przechodnia wygląda jak pozostałość po Festung Breslau. Kiedyś kryła się w cieniu topoli, ale wycince drzewa widać ją w całej okazałości.

Nikt nie wie, kiedy i w jakich okolicznościach z kolumny znikła rzeźba Maryi. Na pewno stało się to przed 1945 rokiem.

Sławomir Bujak, historyk sztuki z biura miejskiego konserwatora zabytków: - Mamy jedno zdjęcie z 1912 roku, na którym figura jeszcze stoi, i drugie, późniejsze, z pustym już cokołem. Nie wiemy, kiedy dokładnie zostało zrobione, ale ani na kościele, ani na sąsiednich budynkach nie widać śladów wojny. Być może figura została zdjęta i ukryta przed bombardowaniami, a może po prostu spadła z cokołu i rozbiła się. Taka historia już raz się zdarzyła, prawdopodobnie w XVIII wieku. Jeśli figura została zabezpieczona na wypadek wojny, być może jeszcze się odnajdzie.

Gdyby tak się jednak nie stało, można się pokusić o rekonstrukcję rzeźby, bo jest dokumentacja. Trzeba się jednak trochę pospieszyć.

ps.

Marek Mutor, wrocławski radny PiS-u przestał być dyrektorem Narodowego Centrum Kultury. Wraca do Wrocławia, będzie tu prowadził ministerialny projekt (historyczny, szczegóły później).

16:27, przystanekwroclaw , Wrocław
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2